Echa "szosy zaleszczyckiej"

   
Z Marią Zegarlińską i Zofią Sulikowską rozmawia Jerzy Zegarliński.

Historia do Zaleszczyk zawitała we wrześniu 1939 roku. Zajechała od strony Terespola, przetoczyła się przez to letniskowe miasteczko na Kresach, wjechała na most nad Dniestrem i zniknęła na jego rumuńskiej stronie. Wiozła ze sobą najwyższe władze cywilne i wojskowe II Rzeczypospolitej.


Przez długie peerelowskie lata termin "szosa zaleszczycka" miał być synonimem i symbolem nieudolności i tchórzostwa sanacyjnej elity. Dzisiaj, uratowane tym mostem insygnia państwowe wróciły na Zamek, a ci, którzy go przekraczali i ich legalni następcy, mogą wreszcie dumnie nosić głowę we własnej Ojczyźnie.

Dla mnie Zaleszczyki to jednak nie tylko mały punkcik na wojennej mapie Polski. Po kądzieli też jestem stamtąd. I dlatego tamte sprawy są mi bliższe, bo i związane z tradycją rodzinną.

Jedną z historii, opowiadaną nam jako dzieciom, był wojenny pobył w dom i moich dziadków, teściow Rydza-Smigłego, których kaprys historii zatrzymał właśnie u ni h, gdy "zaleszczycka szosą" zdążali do Rumunii w towarzystwie zięcia i córki.

Dziadek mój. Kazimierz Starościak, pracował wtedy jako urzędnik w starostwie, babcia Waleria w domku nad Dniestrem doglądała dwójki dzieci, ogródka i sadu z drewnianym płotem. Dzisiaj dziadków już nie ma. Teraz wszystkiego mogę jeszcze raz dowiedzieć od ich córek: Marii Zegar -lińskiej i Zofii Sulikowskiej.

***
- Jak to się w ogóle stało, że we wrześniu 1939 r. teściowie Rydza-Smi-głego znaleźli się u Was?

Z.S. - Wiesz, tak dokładnie to an nie wiemy, ani nie pamiętamy. Kiedy zaczęła się wojna ja miałam dziesięć lat, a Tv, >ja mama była o rok starsza. Na pewno była to już polowa w rześnia. Kto mógł to wtedy uciekał przez Zaleszczyki. Nasz tato też już byl po rumuńskiej stronie i wrócił z powrotem. Przyprowadził ich do nas proboszcz ks.Domański, pomagał mu też chyba nasz katecheta ks.Andrzej Urbański, była też taka pani, która miała w miasteczku trafikę, ale już nie pamiętamy jej nazwiska. Od rodziców dowiedziałyśmy się, że państwo Thomaso-wie - bo tak się nazywali - jechali tędy razem z córką i Rydzem-Smigłym, ale pani Thomas rozchorowała się i nie mogła dalej podróżować. Oboje byli jednak dobrej myśli, nie sądzili, że wojna będzie trwała długo. Mieli zostać tydzień, dwa.

- Czemu jednak trafili właśnie pod ten adres?

M.Z.- Też dokładnie nie wiemy, może próbowano gdzie indziej, ale z jakichś powodów nie wyszło? Może również dlatego, iż tato pracował w magistracie i w starostwie, i znał dużo ludzi, a oni znali jego. Wiedziano, jakim by) człowiekiem. Więc chyba dlatego umieszczono ich u nas, jako u ludzi zaufanych. Rodzice dobrze żyli ze wszystkimi i nikt nie zrobiłby nic złego im i ich lokatorom.
 
Zaleszczyky 
  
- Jacy byli goście?

M.Z. - Dla nas, dzieci byli już bardzo starzy. Pan Emil Thomas był bardzo wysokim mężczyzną c rudawych włosach, z dużym wąsem i brodą, miał chyba siedemdziesiąt parę lat. Pani Helena też była wysoką smukłą kobietą, siwa zupełnie, zawsze ubrana w czarne piękne sukienki.

Z.S. - w ogóle to pochodzili z Otwocka. Mieli tam aptekę, bardzo dobrze im się powodziło.

- Nie wyjechali jednak od Was ani po kilku tygodniach, ani nawet po kilku miesiącach.

Z.S. - Tak zostali. Jeszcze jakiś czas żyli nadzieją, że wszystko potrwa krótko. Ze ona wróci do zdrowia i przyjadą ich zabrać. Tymczasem stało się inaczej. Chorowała dłużej i nikt się nie zjawiał.

- Kto miał wrócić po nich?

M.Z. - Początkowo to miała córka przyjechać z kimś z Rumunii. Później była mowa o jakichś oficerach, w końcu nadzieja chyba zgasła. Pamiętam, że państwo Thomasowie zjawili się u nas z całą walizką pieniędzy, chyba polskich. Pani Helena była wielką optymistką. Twierdziła, iż niczego się nie lęka
i nic im nie grozi, bo mają tę walizkę. Nie wiem, co się z nią stało, ale z całą pewnością jej zawartość dość szybko straciła swoją wartość, w każdym bądź razie w miarę upływu czasu ich kondycja finansowa stale się pogarszała.

- Do Zaleszczyk weszli Rosjanie. Co się stało?

M.Z. - Wtedy był duży strach co się właśnie z Thomasami stanie. Pamiętam zmartwienie rodziców co dalej z nimi zrobić, jak się da ich utrzymać, czy w mieście będzie na tyle solidarności ludzkiej, bo przecież niemożliwe aby się w końcu szerzej wśród stałych mieszkańców nie dowiedziano, kim są. Przychodzili ci, którzy postanowili się nimi opiekować od początku, tak aby nie tylko rodzice ponosili cały ciężar. Przychodzili do naszego domu ludzie bardziej znani i bardziej wpływowi i wtedy musieli starać się aby była to jak najdłużej utrzymywana tajemnica.


Edward Śmigły-Rydz

Edward Śmigły-Rydz

- Sądzicie, że możliwe było utrzymanie tajemnicy, że komuniści po jakimś czasie i tak się nie zorientowali, tym bardziej, że jak wiem, Thomasowie cały czas żyli tam pod swoim własnym nazwiskiem?

Z.S. - Nie wiemy. Jest jeszcze takie wytłumaczenie, że w Zaleszczykach zwykle jeszcze i jesienią było dużo letników, - więc chyba starano się stworzyć wrażenie, ie to jedni z nich. Tacy, których wojna zastała na wczasach i odcięła możliwość powrotu. Specjalnie więc nikt się nie dziwił i niczego nie doszukiwał.

M.Z. - Szczególnie w początkowym okresie państwo Thomasowie otrzymywali z zewnątrz jakieś pieniądze i wiadomości, sami nam o tym wspominali. Wiedzieli gdzie znajduje się ich córka i zięć, a także druga córka. Przychodzili jacyś nieznani ludzie, odwiedzał ich proboszcz i ta pani. I nasz ojciec musiał być w wiele wtajemniczony, ale ta cala sfera nas, jako dziewczynki mniej interesowała i mniej z tego rozumiałyśmy. Z całą pewnością i oni pisali, i przekazywali listy do swoich bliskich.
 
 Zaleszczyky
 
Przyszła jesień, zaczęła się zima i co dalej?

Z.S. - Pani Thomasowa wyzdrowiała, natomiast pan Thomas zmarł. Na serce. Chyba po trzech miesiącach, jeszczce przed Bożym Narodzeniem. To był bardzo dobry człowiek. Dokładnie sobie nie przypominam, jaka była konkretna przypadłość. Zmarł w naszym domu w pokoju, niemal na rękach naszego taty. Nie chorował. Nagle poczuł się źle i w ciągu kilku dni zmarł. Został pochowany na zaleszczyckim cmentarzu, pod swoim nazwiskiem. Po jego śmierci pani Helena miała okresy załamań, płakała, nie wychodziła z domu. Długo twierdziła, że przychodzi do niej w nocy jego duch i staje przy łóżku. Bała | się i dlatego też wiele razy musiałyśmy spać w jej pokoju. Pewnej nocy i ja sama obudziłam się nagle i zobaczyłam jego postać. Narobiłam strasznego krzyku, pobudziłam wszystkich. Do dzisiaj sama nie wiem, co to było naprawdę.

M.Z. - Pani Thomasowa była bardzo szczerą i serdeczną kobietą, z naszą mamą żyła dobrze i nas lubiła. Pisała pamiętniki, listy, wiersze. Również o nas i dla nas. Czasami dawała rodzicom do czytania listy, które dostawała od córki z Anglii. Ze sobą miała trochę pamiątkowych rzeczy. Długo to trzymała jak jakieś relikwie, talizmany. Aż kiedyś poprosiła nas do siebie i dostałyśmy niektóre z nich. Ja dostałam pantofelki, które należały do żony Rydza-Smigłego. Takie niebieściutkie pantofelki z błyszczącą nitką na obcasie. Zwracała mi pani Helena uwagę: "Zobacz Marylu, tu jest pomadka mojej córki na tym bucie".

Z.S. - Ja do lej pory mam jeszcze swój pamiętnik z tamtego czasu, gdzie mi się wpisała w formie wiersza. Starałyśmy się dużo jej pomagać. Sprzątałyśmy pokój, paliłyśmy w piecu, robiłyśmy drobne zakupy. Pomagała nam w tym nasza kuzynka Janka Piotrowska i mieszkający naprzeciwko nasz rówieśnik Heniek Łoziński, który bardzo szybko stał się jej pupilem i z biegiem czasu to właśnie on spełnial większość drobnych posług.


Marta Rydz z domu Thomas

Marta Rydz z domu Thomas

W 1941 r. przysxli Niemcy...

M.Z. - Też się nią nie interesowali, a przynajmniej my o tym nic nie wiemy. Był:, wtedy już sama i bardzo się postarzała. Nie interesowano się kim jest. Chyba dla Niemców była kimś z naszej rodziny. Ojciec nasz był kilka razy zatrzymywany i aresztowany, ale nigdy w jakimkolwiek związku z nią. Były to już też coraz cięższe czasy. Wymagała coraz większej opieki ze strony mamy i taty. Już niewiele osób pomagało jej tak jak na początku. To co myśmy jedli, to i ona jadła.

Z.S. - Cały czas była wymagająca i wybredna w jedzeniu, a z tym były coraz większe kłopoty. Tato chodził i zdobywał po wioskach co się dało, czy fasolę, czy ziemniaki, czy trochę zboża. Nieraz mama się bardzo denerwowała, bo nie było co nam dać jeść, a spotykała się z jej kaprysami. Wiele razy mówiła nam o rewanżu. Ze przecież przyjdą takie czasy, że będzie mogła się zrewanżować.

- Czy wiedziała, że Rydz-Śmigły w czasie okupacji wrócił do Warszawy i tam zmarł?

M.Z. - Tak, tak. Na pewno cały czas wie działa, że przebywał najpierw w Rumunii, a potem w Polsce, że jego żona była w Anglii. Wiedziała też gdzie znajduje się jej druga córka ze swoją rodziną. Dobrze pamiętam, jak rozpaczała, gdy dowiedziała się o śmierci zięcia. Wiedziała, że stało się to w kraju.

- W 1944 r. drugi raz nastali Rosjanie. Czy pani
Thomas nawiązała jakiś kontakt z nową władzą lub np. z przychodzącymi z nimi polskimi towarzyszami? Może ktoś z nich dotarł do niej?

Z.S. Nie, na pewno nie, ani jedno ani drugie. Natomiast otrzymała nieco później wiadomość o swojej drugiej córce i wnuku w Poznaniu. Miał przyjechać po nią tak szybko, jak to będzie możliwe. Było to już w czasie transportów wywożących nas z naszego miasta. Rodzice zapisani byli do jednego z pierwszych, na maj 1945 r. Pani Thomas zdecydowała się zostać w naszym domku i czekać na wnuka. Tuż przed naszym wyjazdem przyszła wiadomość, że wnuk stracił nogę i nie przyjedzie. Już z nami nie pojechała. Została tam pod opieką rodziców Henia Łozińskiego.

M.Z. To był nasz ostatni kontakt z nią. Od naszej rodziny i znajomych z Zaleszczyk dowiedzieliśmy się później, że wyjechała razem z nimi jednym z następnych transportów kilka miesięcy po nas. Wiemy, że gdzieś w nowej Polsce odebrała ją rodzina z Poznania. Nie wiemy, gdzie dalej przebywała i zmarła. Może jednak jakoś kiedyś dowiemy się. A może dowiesz się już tylko ty?

Od redakcji:

Ciekawa relacja spisana przez p. Jerzego Zegarlińskiego na podstawie rozmów z matką i ciotka wymaga kilku uzupełnień.

Jest zrozumiałe, że małe wówczas w latach wojny dziewczynki mogły niedokładnie zapamiętać niektóre szczegóły opowiadania starszych. I tak:

1. Najwyższe władze cywilne i wojskowe II RP we wrześniu 1939 r. opuściły Polskę nie "szosą zaleszczycka", jak głosiła propaganda PRL, ale przez Czeremosz i Prut w kierunku na Czerniowce.

2. Marszałek nie jechał w towarzystwie żony i teściów, aczkolwiek niektóro, rodziny najwyższych dostojników państwovych znajdowały się w którymś z eszelonów ewakuacyj nych. Tak było z pp. Thomasami i Rydzową. Utrzymywali ze sobą kontakt zapewne prze: oficerów łącznikowych.

3. Marta Rydzowa mieszkała w Rumunii 19 IX pożegnała się z Marszałkiem. Miała kłopoty z wizą wjazdową do Francji, gdy ambasada francuska odmawiała jej wydania Dopiero za pośrednictwem Stanisława Zamoyskiego przez ambasadora Kennarda otrzymała wizę brytyjską.

4. Prawdopodobnie 1 X 1939 r. wyjechała z Rumunii. W połowie 1940 r. zamieszkała w Lamalon les Baias w południowej Francj koło Montpellier. Mieszkała chyba także w innych miejscowościach, m.in. w Księstwie — Monaco.

5. Między 2 a 16 lipca 1951 r. została zamordowana. Jej zwłoki odkryto w Cros-d Utelle Departament Alpes Maritimes.

6. Siostra Marty, Regina, straciła syna prawdopodobnie we wrześniu 1939 r. a drugi stracił nogę w kampanii wrześniowej.

7. Nieco szczegółów dotyczących Marty Rydz, żony marszałka Edwarda Rydza Śmigłego znajdą Czytelnicy w interesującej, zbeletryzowanej biografii Marszałka, pióra Ce zarego Leżeńskiego pt."Kwatera 139", Wydawnictwo Lubelskie 1989 r.

Dziękując p.J.Zegarlińskiemu za nadesłany tekst o zupełnie niemal nieznanych faktach historycznych, prosimy równocześnie tych „Czytelników, którzy mogliby je uzupełnić. o nadsyłanie własnych informacji do "Gazety Polskiej".


Prezydent Mościcki wręcza buławę marszałkowską Rydzowi-Śmiglemu

Prezydent Mościcki wręcza buławę marszałkowską Rydzowi-Śmiglemu Fot. PAP/CAF

Gazeta Polska, 1993

Новини Заліщик в Інтернеті

Пошук

Система Orphus